reklama: 
Blog: Mary Syll

Mary Syll: ‘Kocham moich hejterów’

fot. mary syll

Cześć czytacze moi drodzy! Niektórzy już słyszeli, czytali, ujrzeli, a niektórzy nie mają pojęcia, o czym mowa. Tak więc powtórzę: od niedawna w końcu znalazłam swoje nowe powołanie.

Po długiej drodze do sceny muzycznej, śpiewania w zespołach, pisania piosenek w języku angielskim zaczęłam sama tworzyć własne piosenki po polsku, przy czym też komponować własne kawałki: od perkusji po sam śpiew, wszystko ogarnęłam sama i mimo że jakość nie zawsze była jak hity radia to i tak do tej pory jestem z tego dumna. Komponowanie, układanie tekstów to w międzyczasie już łatwiejsza sprawa, jednak nie łatwo było, dosłownie upadałam i podnosiłam się, uparcie dążąc do celu, aż w końcu stało się to rzeczywistością: nagrywałam własne kawałki. Dużo pomogło to, że przeszłam na polskie teksty. Kiedyś widziałam wywiad z panią – Świętej Pamięci – Korą. Mówiła, że fascynuje ją język polski, że język polski jest bogaty. ‘Dokładnie’ – pomyślałam, dokładnie tak, zgadzam się z tym, jak najbardziej! To w języku polskim tak naprawdę dopiero zaczęłam pisać piosenki!

Dodatkowo dostałam od przeznaczenia kilka różnych znaków i podpowiedzi: wystąpiłam w polskim Must Be The Music, zagrałam z zespołem Lady Pank i Perfekt, byłam na kawie z Muńkiem Staszczykiem (T.Love), dostałam kilka porad od Leszka Biolika (Republika) i moja publiczność zaczęła się zmieniać w… Polaków 🙂 I jak tu nie napisać piosenki po polsku? Jak tu żyć, jak tu żyć… 🙂

Aż w końcu, wszystko troszkę ucichło, iż razem z moim kochanym Tytkiem założyliśmy rodzinę, jesteśmy dumnymi rodzicami naszego Benjamina Leonarda.
Jako mama musiałam od nowa się odnaleźć: jak to teraz z pisaniem piosenek, nagrywaniem, koncertami? Całe życie i codzienna struktura odwróciły mi się do góry nogami. Aż w końcu, ot tak, przypomniało mi się, że już od dawna chciałam uczyć ludzi języka niderlandzkiego poprzez muzykę. Coś tam kombinowałam w głowie, jakby to zrobić, ale nie miałam na tyle wiary w siebie, nie wiedziałam, od czego zacząć więc zostawiałam ten pomysł gdzieś w głębi mojego mózgu i zapominałam.

Po ciężkim okresie finansowym nie mogliśmy wyrobić z rachunkami. Zaczęłam wystawiać wszystko, co tylko mogłam na Marktplaats, w ten sposób mogliśmy powoli płacić rachunki i móc kupić sobie nie tylko chleb z masłem czy pomidory. Nie, mogliśmy sobie pozwolić na troszkę więcej warzyw, ewentualnie na czekoladę. Zauważyłam, że Holandia już nie jest tą Holandią co ‘dawniej’. Już nie tak łatwo jest kupić dużo jedzenia za mniejszą sumę. A może to ja się zmieniłam? Może już nie żyję w czasach studenckich i mam teraz inne potrzeby? W sumie to pampersy i mleko też trochę kosztują. Czy jogurciki, owoce. Dla dziecka przynajmniej nic nie brakowało. Ale dla nas tak.
‘Tak nie może być’ – pomyślałam wracając ze sklepu, w którym musiałam liczyć co do centa czy aby na pewno mi starczy na sałatę i ziemniaki – ‘Tutaj coś trzeba zmienić, musimy coś wymyślić! Żyjemy na Zachodzie, nie w Polsce. Chociaż nawet w Polsce ludzie jakoś znajdą pieniądze na piękne samochody i domy. Nie, tak nie może być!’

Z szukaniem lepszej pracy nie było łatwo a ja wciąż byłam przekonana, że zrobię biznes na Marktplaats.

Pewnego dnia, kiedy siadłam sobie – znów z telefonem w ręku – całkowicie nie pamiętając o swoich planach, po prostu chciałam mieć chwilkę dla siebie, z telefonem. Poczytać co tam w świecie słychać, co u moich znajomych a może i dodać kolejne selfie? I wtedy: bum, 1% baterii na telefonie, telefon się wyłączył. Ponieważ ładowarka leżała w pokoju gdzie spał mój synek, nie miałam wyboru: musiałam przetrwać, przeżyć, przeżyć bez telefonu. No, katastrofa! Nie miałam pojęcia co tu ze sobą zrobić! Jak żyć! Jak sobie poradzić? Byłam załamana. Jak ten telefon mógł mi się tak szybko rozładować? Dlaczego akurat teraz? Koniec świata.
Zaczęłam gapić się w ścianę z tego wszystkiego. Rozmyślać czy zmienić jej kolor, czy też nie. Może tak też jest fajnie? Czy taka ściana ma uczucia? Czy jest po prostu zwykłą ścianą?

W pewnym momencie myśli mi się skończyły. Bądźmy szczerzy: ileż można użalać się nad ścianą, mimo że jest ich aż cztery.
I tak jakoś, samo od siebie, wpadło do głowy mi to: a gdyby tak nagrać piosenki do nauki języka? Przecież sama tak właśnie uczyłam się języka, dzięki artystom jak Marco Borsato, Guus Meeuwis, Doe Maar itp. A gdyby tak nagrać te piosenki i do tego jakoś wytłumaczyć słuchaczom co one znaczą? Jak budować te zdania? A może coś w stylu nagrań audio, bo video nigdy mi dobrze nie wychodziło. To może… audiobooki? I tak moi drodzy, dlatego że telefon mi się rozładował, pomysł sam wpadł mi do głowy. Wzięłam pierwszy lepszy zeszyt i długopis (a nawet chyba kredkę dziecka) i zaczęłam rozpisywać plany, teksty do piosenek, teksty do ględzenia, zaczęłam działać i to ostro, od razu, jakoś magicznie samo mi to poszło. Czasem wystarczy tylko pasja, trzeba coś poczuć. I tak właśnie się stało: od dziecka uwielbiałam śpiewać, działać kreatywnie, pisać a moją największą specjalnością od zawsze było gadanie. Zawsze dużo ględziłam i jak widzisz, robię to dalej. Także wyszło na to, że połączyłam wszystkie moje ulubione czynności, wszystkie moje moce i talenty i w końcu znalazłam coś, przy czym czuję się najlepiej: muzyczno-języczne audiobooki do nauki języka niderlandzkiego. Projekt ten nazwałam Holendrzyć Każdy Może i w międzyczasie mogę już sobie pozwolić na kawałek czekolady.

Ledwo co zdążyłam nacieszyć się swoją czekoladką (dokładniej to Milkey Way’em – uwielbiam je) a tu pojawili się: hejterzy.
Hejterzy mają poważny problem, problem ten sam co osoby uzależnione od heroiny. Mówię poważnie, to nie żart. Od hejtowania można się uzależnić.

Wiem to, iż w poprzednim tygodniu sama padłam ofiarą hejtowania, że niby oszustka ze mnie. Naprawdę? To ja ogłaszam się oficjalnie, pod własną nazwą artystyczną, na oficjalnym blogu. Odpowiadam każdemu na pytania, wysyłam próbki audiobooków, po czym wysyłam audiobooki i dostaję tony pozytywnych reakcji od ludzi. Słaba byłaby ze mnie oszustka, robiąc wszystko oficjalnie, nieprawdaż? 🙂

Starałam się tym nie przejmować – ale jak normalny człowiek, z emocjami (a szczególnie tymi człowieka artysty) – ma się tym nie przejmować? Kiedy starasz się, osiągasz swoje cele, nad którymi ciężko się pracowało, po nocach się nie spało, w dzień się mało co jadło, budowało się to przez lata, kluczy nie mogłam znaleźć, bo co się okazało, położyłam je w lodówce, znajomi się obrazili, bo czasu nie mogłam dla nich znaleźć, cisnęłam dosłownie całe dnie i noce.
I przyjdzie ci taki, taki hejter i skomentuje jednym, w ogóle nieprawdziwym słowem Twoją całą pracę. I następne tysiąc osób – widząc taki komentarz – może się do Ciebie zniechęcić. To jak tu się nie przejąć? No, wiem, nie ma co tracić na to energii, czasu, blablabla – całą teorię znam. Emocje jednak nie śpią, jak i ja coś ostatnio nie spałam.

Ale dziś? Dziś rano wstałam, niczym skowronek, tak leciutko z łóżka i poczułam oświecenie: przez to wszystko, sama już miałam ochotę komentować każdy post na Facebooku, jechać po ludziach, hejtować. Na szczęście tego nie zrobiłam – ufff! – ale krytycznie patrząc na siebie uświadomiłam sobie: ‘Co Ty Sylwia odwalasz!?’ – stwierdziłam, że to uzależnienie! Że skoro ja po tygodniu(!) miałam ochotę hejtować – czyli już dałam się wciągnąć, to co ci ludzie muszą czuć po miesiącach? Muszą na serio żyć samą nienawiścią i mieć bardzo smutne życie, czuć się samotni. A może to całe hejtowanie jest krzykiem o pomoc? Może chcą być zauważeni? Tak zgaduję, może się mylę i ciekawi mnie to czy jest już jakiś psycholog, czy naukowiec, który się tym zainteresował. Bo w sumie to ciekawa sprawa. Może my to wszystko źle widzimy? Hejterzy hejtują, potem my ich hejtujemy. A może ich po prostu trzeba ‘przytulić’? Może im trzeba współczuć? Może krzyczą po prostu o pomoc? Moje serducho nie potrafi tego tak zignorować, dlatego zdecydowałam wrzucić te, swe myśli tutaj, na kartkę (tzn. w programie Word, ale ‘na kartkę’ ładniej brzmi).

Druga sprawa jest taka, że to Facebook nie ułatwia nam tego wszystkiego. To właśnie wtedy, kiedy rozładował mi się telefon, zaczęłam działać. Do tego, po ogłaszaniu się na grupach typu Polacy w Holandii czy Polonia w Holandii itp. oraz po dużym użytku Facebooka do sprzedaży moich audiobooków, wkręciłam się od nowa. Czekając na odpowiedzi i pytania zainteresowanych osób, jechałam sobie po newsfeedzie Facebooka gdzie większość postów jakimś cudem była zalana hejtami. Tak więc podświadomie dałam się w to wszystko wkręcić. Oczywiście, na szczęście, nie pokazałam tego światu, nie hejtowałam nikogo, byłam ostrożna, wstrzymywałam się. I właśnie przez to, że sama doświadczyłam tego uczucia i obserwując je u innych, naprawdę myślę, że to jest właśnie uzależnienie podobne do innych: łatwo można się wciągnąć a później trudno przestać. Powinna istnieć pomoc dla hejterów, ci ludzie mają problem ze sobą którego nie można zignorować! Ja się tego niestety nie mogę podjąć, nie mam uprawnień, jedynie rzucam tutaj myśli, słowa i pomysły. Ale jeśli specjalizujesz się w sektorze Psychologii czy czymś w tym kierunku: przemyśl to, może to Twoje pięć minut? 🙂

Ja zostaję przy audiobookach a dzięki mojemu oświeceniu z czystym sercem mogę ruszać dalej! Dzisiaj kończę drugą serię audiobooków.

Więcej informacji o moich audiobookach i mojej muzyczno-języcznej metodzie możesz znaleźć tutaj:

HIT: Muzyczno-języczna nauka holenderskiego z audiobookami Mary Syll!

Albo zajrzeć na moją stronę na Facebooku:

Nie zapomnij zostawić – jak to pro-internetowcy mówią – ‘łapki w górę’ 🙂

Mary Syll

03.12.2018 | 18:27

Dodaj komentarz

Dodaj komentarz:

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *

To Top

By continuing to use the site, you agree to the use of cookies. more information

The cookie settings on this website are set to "allow cookies" to give you the best browsing experience possible. If you continue to use this website without changing your cookie settings or you click "Accept" below then you are consenting to this.

Close